piątek, 29 października 2010

Pilsweiser Niepasteryzowany

Nie ma to jak dać obco brzmiącą nazwę, do tego etykietę, jak nic przypominającą Budweisera. Często jednak opakowanie nie idzie w parze z tym, co można znaleźć w środku. Sprzedawca w moim sklepiku polecił, więc wziąłem dwa do esksperymentów, a te, jak już w tym miejscu wiele razy wspominałem, wymagają ofiar. Pilsweiser to dawny browar Grybów. Kilkanaście lat temu wielokrotnie odwiedzałem przystań "U Faryja" w Rucianem-Nidzie. Kiedy ludzie dobrze się bawili przy szantach, właściciel tawerny miał zwyczaj stawiać skrzynkę piwa. Był to zawsze właśnie Grybów, chyba marcowe. Najtańsze i najgorsze, z siermiężnymi, odpadającymi etykietami, choć pewnie pijanemu żeglarzowi było już wszystko jedno. Z tym wspomnieniem w głowie przystąpiłem do degustacji i... miła niespodzianka! Pilsweiser Niepasteryzowany może nazywa się pretensjonalnie, etykietę ma pretensjonalną (mimo że widnieje na niej zabytkowy budynek browaru, a na to ostatnio zwracam uwagę), ale smakuje świetnie. I chyba jest piwem naprawdę niepasteryzowanym, a nie tylko sterylizowanym.

poniedziałek, 18 października 2010

Amber Naturalny

Ale że puszce? Fe! Już wystarczy, że Kasztelana niepasteryzowanego leją do puszek. Tu tłumaczą na opakowaniu, że to niby to po to, żeby się nie psuło od światła. Ale przecież to jest zupełnie inny smak! Data wskazuje, że średnio niepasteryzowane, więc tym bardziej: po co?! Ale jak jest, to spróbować trzeba. Według mnie to może być jakaś gorsza wersja cenionego w kraju Żywego z tego samego browaru Amber w Bielkówku, niedaleko Gdańska. A im pomagać warto. Cena też bardzo zachęcajaca, więc podczas mojego ostatniego pobytu na północy wziąłem trzy, właściwie w zastępstwe za piwa z BK. Poszły jedno za drugim, wieczór więc udany. Jednocześnie obudziła się we mnie tęsknota za jednym z moich ulubionych miejsc na ziemi – Wybrzeżem Gdańskim. Jestem pewien, że gdybym nie był w stolicy, mieszkałbym tam. Póki co muszą wystarczyć mi książki Grassa, Chwina i Huellego. No i piwo z Bielkówka – wcześniej Remus, od dziś także Amber Naturalny...

poniedziałek, 11 października 2010

Zawiercie Jasne Pełne

Nie byłem nigdy w Zawierciu. To na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, a tam już, owszem, człek raz czy dwa zbłądził. Choćby w 1991 roku, gdyśmy w harcerskich mundurach przyszli wita JP II w ramach światowego zlotu młodzieży. Nie było Włocha czy Hiszpana, który na zatłoczonej alei NMP w Częstochowie nie zaczął wołać na cały głos za naszymi dziewczynami w krótkich harcerskich spódniczkach. Gdyby która tylko udała, że jest zainteresowana, w ch... by poszło zainteresowanie tym całym zlotem młodzieży. Pamiętam też górę puszek z jakimś napojem, która stała gdzieś przy ulicy. Ludzie się czają, pytają, kombinują. Wreszcie ktoś władny mówi, że się można częstować. Podszedłem i wziąłem dwie puszki, dla mnie i towarzyszki. I omal nie zostałem stratowany, bo się dzicz polska rzuciła, dalej brać po kilka zgrzewek, jakby w życiu nie mieli kropli wody w gębie. Potem, za rogiem, cwaniaczkowie... sprzedawali te puszki. A jak piwo? Ciekawe, może być. Jako ciekawostkę podam, że właściciele najpierw w postawionym świeżo zakładzie chcieli produkować... mleko. Mleko zawsze zdążą.

piątek, 1 października 2010

Tradycyjne Jabłonowo

Ubiegła sobota, wieczór. Mały sklepik w ogrodzie, peryferyjne Włochy. Butelka od razu ściąga moją uwagę. Cena – 2 złote. Na etykiecie stary, neogotycki, przemysłowy budynek z napisem BROWAR PAROWY. A ja właśnie w tych klimatach ostatnio, bo przygotowuję się do pisania czegoś nietypowego, dużego. W związku z tym czytam. Ludzie bezdomni Żeromskiego, Emancypantki i Lalka Prusa, Marzyciel i Ziemia obiecana Reymonta. Wszystko co napisano w tamtym i o tamtym szczgólnym okresie. Żeby się nastroić, wejść w klimat. A jednocześnie jaka odskocznia od współczesnego chłamu. Wracając do piwa, cóż... Napisane, że dwusłodowe. Może i tak. Ale na wodzie z kałuży robione chyba. No i na kontretykiecie trzy błędy interpunkcyjne. To przepełniło kufel goryczy.