wtorek, 23 lutego 2010

Olsztyńskie

Podczas ostatniego pobytu w rodzinnych stronach – Olsztyńskie, w słodkich buteleczkach 0,33, zwanych swojsko granatami. Piwo to proste, lager jasny dolnej fermentacji, w wizerunkiem olsztyńskiego ratusza na etykiecie. W związku z tym kolejny cytat z najnowszej powieści, bardzo a propos: To musi być kolejna wieża! – powtarzał w duchu Tomasz Kuhn. Kilkanaście lat wcześniej, podczas młodości licealnej spędzanej w nieodległym, także kopernikowskim miescie – Olsztynie, wybrał się kiedyś ze znajomymi na wieżę tamtejszego ratusza. Różne głupoty chodziły wówczas po głowie młodym ludziom (komuna się kończyła, a malowanie wywrotowych haseł na murach razem z nią, paintballa jeszcze nie wymyślono, a przynajmniej nie dotarł on do Polski). A ta, z perpektywy czasu, była dość niewinna. Plotka głosiła, że na wieżę można się dostać nielegalnie przez szparę, która powstaje po silnym pociągnięciu kraty, na końcu jednego z korytarzy. Tak też było. Dalej droga była prosta, byle ku górze. Drzwi na końcu klatki schodowej, znajdującej się w środku neorenesansowej wieży, prowadziły do niższego hełmu, pokrytego grynszpanowym nalotem, a w środku gołębim łajnem. Znajdowały się tam dzwony: kwadransowy mały i duży, który wybijał godziny. Największa niespodzianka znajdowała się jednak wyżej, w mniejszym hełmie, do którego wchodziło się po drabinie: była nią stara, nieczytelna już niemal tabliczka, na której wypisano... nazwiska wszystkich budowniczych ratusza – od architektów, po ludzi, którzy donosili majstrom dwojaki z obiadem! Także i dziś Tomasz Kuhn w skrytości ducha liczył, że na szczycie wieży gdańskiego ratusza też uda im się znaleźć cokolwiek poza gołębimi odchodami i piórami.

niedziela, 14 lutego 2010

Tatra

Ostatni raz piłem, a jakże, w Zakopanem, jakieś osiem lat temu, uprzednio przeciągnięty, przepędzony po górach w środku zimy przez jedną maniaczkę. Kilka dni temu aż tak daleko na południe nie dotarłem, ale i tak kawałek. No i góry inne. Warszawa o godzinie 10 w dzień powszedni zasypana śniegiem, jezdne białe. Nadzieja tylko, że E-77 będzie czarna i mokra. Akurat! Dopiero sporo kilometrów za Grójcem jakby nożem uciął, a raczej lemiesz opuścił i sól zaczął sypać. Ale i tak następnego dnia trzeba było dwa passaty odkopywać z podwórka znajomych, ziemi czarnej nosić, pchać, gazować, kombinować. Po wysiłku, choć wilków nie przepędzałem jak w reklamie, tatry właśnie, piwo z Heinekena-zaborcy, czyli Żywca. Mocne cholerstwo, choć to tylko jasne pełne. Zmuliło szybko. Nie ma o czym gadać. Tylko spać. Ale może o to chodzi.

czwartek, 4 lutego 2010

Premium Cornelius

Dwa piwa z Piotrkowa, niefiltrowane (choć paprochy nie pływają), jęczmienno-pszeniczne, możliwe, nawet mocno w łeb walące. Na pięknej etykiecie panorama miasta. jako dodatek wrzucam fragment ukończonej wczoraj powieści:
Siedzieli przy biesiadnym, suto, choć w odpowiednio na czas adwentu zastawionym stole w jednej z karczm w sercu samym Piotrkowa, skąd przez wąskie okna, w świetle gasnącego szybko dnia, było widać zamek, w którym już ogrzewano komnaty w oczekiwaniu na rychłe przybycie króla Zygmunta.

– Mikołaju, Mikołaju! – uszu kanoników doszedł podniesiony głos.

Przez ciżbę przepychał się sługa jednego z kanoników. Kilka par oczu odprowadzało go aż do stołu, zajmowanego przez panów z Fraunenburga.

– Co się urodziło, Kurt? – zapytał kpiąco i w zastępstwie Kopernika Sculteti.

Sługa nazwany Kurtem stał przy stole i sapał przez dłuższą chwilę. Z burki, którą miał na grzbiecie, unosiła się para.

– Pan mój, Herbert Kunze, zaniemógł! – wyrzucił wreszcie z siebie.

Kanonicy Jan i Mikołaj tylko popatrzyli na siebie. Wiedzieli dobrze, co mogło zaszkodzić kantorowi fromborskiego, i że i tym razem przeżyje. Doktor Mikołaj jednak nie potrafił nie przejmować się takimi wiadomościami.

– Powiedz swojemu panu, że za dwa pacierze będę – rzekł ze spokojem.

Kiedy Kurt oddalił się, Jan Sculteti popatrzył pełnym melancholii wzrokiem ponad głowami i ramionami gości, za okno karczmy, w którym dzień już zgasł na dobre.

– Niech no tylko zdrów będzie na jutro nasz drogi kantor Kunze, opój i obżartuch – powiedział jakby do siebie. – Jutro wielki dzień...

poniedziałek, 1 lutego 2010

Premium BK

"Przywilej rozkoszowania się tym trunkiem był zarezerwowany od lat dla zwolenników łagodnego piwa beczkowego. Od teraz i ty możesz poczuć się kimś wyjątkowym" – napisano na etykiecie. Ja czuję się wykątkowo i wyjątkowy tak czy inaczej, ale z przyjemnością przystąpiłem w sobotni wieczór do eksperymentu. Kupując Premium BK, złamałem też starą zasadę, iż piwa północne pijam, gdy jestem na północy. Problem w tym, że nie można ich tam dostać! A w Warszawie jest. I dobrze, bo będę je teraz częściej kupował: cena (2,70 zł), etykieta (trzyma poziom, jakieś pagórki, chmurki) i smak (na początku lekki kwas, potem już lepiej, pełniej, prawdziwiej) skłaniają ku temu, zawsze też przy okazji wesprze się rodzimy biznes.